Łukasz Dobkowski - fotografia przyrodnicza 

Po kilku tygodniach przygotowań w końcu powstała nowa „buda”. Jedna z łąk wydała mi się w tym roku najbardziej optymalna do jej postawienia. Częste obserwacje w tym rejonie dawały nadzieję na pojawienie się kilku zimowych gatunków ptaków i ssaków.

Jest godzina 5.30 rano. Cała rodzina śpi, a ja prawie bezszelestnie przygotowuję się do kolejnej wyprawy i kilkugodzinnego fotografowania. Jest połowa grudnia i mrozy w tym roku dają się we znaki. Gruba warstwa ubrań i śpiwór powinna  załatwić sprawę. Na miejscu jestem około 6.30. Przygotowuję scenę i zasiadam do czatowni. Pierwsze 1,5 godziny mija spokojnie. Kruki krążą nad budą i obserwują teren. Przysiadają co chwila na łące, podrywają się i siadają na pobliskich drzewach. Wydają się dziś jakieś niespokojne, ale każdy dzień jest inny i zachowania ptaków ciągle mnie zaskakują. Przychodzi moment i pojawia się pierwszy myszołów. Od razu zaczyna ucztę i objada się wyłożonym mięsem. Spokoju nie daje mu jednak jeden z kruków, który ciągle próbuje odgonić myszołowa od stołówki. Reszta kruków z dystansu dopinguje kolegę i czeka na swoją okazję.
Nagle całe towarzystwo robi się mocno podenerwowane i podrywa się do lotu. Czasami na łąkę zalatuje bielik i spodziewam się, że mógł pojawić się w okolicy i narobić trochę zamieszania. Nie zostaje nic innego jak tylko czekać. Moja jakieś 30minut i pojawia się ON. Przysiada w znacznej odległości od czatowni i obserwuje teren. Oczywiście nieodłącznym elementem są kruki, które nic sobie nie robią już z jego obecności i bezczelnie podskubują bielika. Po 15 minutach tych sprzeczek bielik podrywa się i odlatuje. Tego dnia już więcej się nie pojawia. Szkoda. Okazja na lepsze ujęcia po raz kolejny się oddaliła. 
Na scenę wracają kruki. Ten kto miał okazję posłuchać ich pogawędek wie jakie to fantastyczne przyrodniczo wydarzenie. Na przemian słuchałem „czarnych” pogawędek i co jakiś czas robiłem dokumentacyjne zdjęcia.
Po godzinie od odlotu bielika wracają myszołowy. Tym razem już kilka osobników. Myszołowy cały czas nalatują, przysiadają na patyku i walczą o najlepsze miejsce przy stole. Sroki jako nieodłączny ich kompan przy mojej czatowni nie dają im spokoju. Nie mają jednak siły przebicia i są tylko dla myszołowów zbędnym natrętnym intruzem. 
Dzisiejszy dzień nie jest spokojny dla bezstresowego biesiadowania. Myszołowy uwijają się jak mogą i każdy korzysta ile może. Sytuacja z podenerwowaniem całego towarzystwa znowu się powtarza. Pomyślałem – wrócił bielik, może będzie okazja na lepsze zdjęcia. Myszołowy podrywają się i wszystkie znikają z pola widzenia. Wypatruję nadlatującego bielika, ale na niebie nic się nie dzieje.
Mija kilka chwil i dostrzegam jakiś ruch po prawej stronie budy. Na czyste pole wychodzi lis. Zamieram bez ruchu i obserwuję, żeby go nie spłoszyć . Staram się wyczekać moment, aż podejdzie bliżej i będę mógł zrobić kilka zdjęć. Wszystko toczy się tak jak sobie pomyślałem. Kilka już razy lis kręcił się w okolicy, ale nie
podchodził na odległość pozwalającą wykonać  dobre zdjęcie. Tym razem idealnie zmierza w moim kierunku. Doskonale wie gdzie leżą smakowite kąski, bo każdego dnia pod osłoną nocy opróżnia (przed mrozami razem z dwoma jenotami) stołówkę do ostatniego kęsa. Kilka zdjęć i lis orientuje się, że coś jest nie tak. Dźwięk migawki nie jest czymś traktowanym bezinteresownie przez zwierzęta. Ptakom praktycznie nie przeszkadza i dość szybko się do tego dźwięku przyzwyczają.
Ssaki jednak są znacznie ostrożniejsze i po kilku zdjęciach lis odchodzi. 
Do wieczora prawie nic już się nie dzieje. Pojawiają się pojedyncze ptaki i korzystają z resztek jedzenia jakie jeszcze zostało przed czatownią. Powoli zwijam klamoty i wracam do domu.
Sam fotograficzny dzień zaliczam do bardzo udanych choć bielikowy niesmak pozostał. Jest dopiero połowa grudnia więc mam nadzieję, że będą jeszcze okazje. 
Kreator www - przetestuj za darmo